środa, 31 grudnia 2008

Recenzja: Jacek Lachowicz - Za Morzami

Lachowicz? Lachowicz. No to Ścianka, Lenny Valentino, projekty z Tymonem Tymańskim i Smolikiem - dobry jest, prawda? W tym wszystkim maczał swoje palce Jacek i jak wiadomo - owoce tego maczania były rzeczywiście piękne. Dlatego też pierwszy solowy album Lachowicza, zatytułowany po prostu Jacek Lachowicz, przyniósł zawód. Jego osoba, to, gdzie tworzył i co tworzył sprawiła, że muzyka na tamtym albumie to nie było "to" - roczarowała. A teraz?
Za morzami
to album koncepcyjny oparty na metaforze wody. Przewija się ona wszędzie. Od okładki, przez tytuł, liryki, aż po samą muzykę. Chciałoby się powiedzieć, że woda płynie przez całą płytę, płynie wraz z nią. I z nami, gdy słuchamy tych dźwięków.
Drugi long play Jacka to płyta w całości zaśpiewana po polsku. I, uwierzcie, słuchając tego albumu ani razu nie pojawił się u mnie odruch wymiotny, ani bezwarunkowy odruch muzyczny powodujący szybki zatkanie uszu rękami. Teksty są naprawdę niebanalne, poruszające, dotykające. Opowiadają o ucieczce od współczesności, z tych wszystkich otaczających nas schematów, i schowaniu się za metaforczyne morza. Sami odpowiedzcie sobie, co może być dla Was takim morzem? Dom, pokój, łóżko...

Album wypełniają dobre, bardzo dobre i świetne utwory. Zerknijmy chociażby na bardzo dynamiczny, otwierajacy płytę Skaczesz - doskonała melodia, od której zaczynamy naszą ucieczkę. Jest też liryczny singiel, zaśpiewany z Anią Dąbrowską, który sam w sobie jest jedynie ładną balladą, ale kiedy patrzymy na niego przez pryzmat całego albumu, pojawia się wrażenie, że on faktycznie jest tam, gdzie powinien, że jest potrzebny.
Lachowicz twierdzi, że bliskie są mu porównania z Sigur Rós i szczerze mówiąc, inspiracja Islandczykami jest rzeczywiście zauważalna. Najwyraźniej w tytułowym Za morzami - piękny, chyba najlepszy, a na pewno najdłuższy utwór płyty.

A ja biegam dookoła
Pod wiatr rzucam dni
I nic, i nic mnie nie woła
Jest szósta, muszę iść


Lachowicz kończy naszą podróż Kołysanką. Robi to delikatnie, subtelnie, z sercem, tworząc nastrój, przy którym naprawdę można się wyciszyć, zapomnieć.

1. Skaczesz
2. Z niczego?
3. Dookoła
4. Nie ma mnie
5. Kochanie
6. Pakistan
7. Płyń (feat. Ania Dąbrowska)
8. Dnieje
9. Śpij
10. Za morzami
11. Kołysanka


Ocena: 8/10

myspace.com/jaceklachowicz

poniedziałek, 29 grudnia 2008

Recenzja: Kości - SunDro

Płyta SunDro jest moim pierwszym kontaktem z tym obiecującym głogowskim zespołem. Wcześniej, czyli jakieś 3 lata temu, a dokładniej w 2005 roku, Kości zaprezentowały światu krążek pod dosyć krótkim tytułem - „K”. Od razu przyznam, że o owej płycie słyszałem jedynie z czytanych recenzji, więc tak naprawdę słowa „słyszałem” nie powinienem używać. Ale przecież nie o tym albumie mowa w niniejszym tekście, prawda?

Słychać, słychać, że chłopaki dobrze czują to, co robią. Kości potrafią zagrać zarówno bardzo dynamicznie, jak i wprowadzić trochę spokoju akustycznymi akordami. Mimo, że początek jest trochę monotonny, gdyż dla mnie zbyt długo, w otwierającym płytę Lunares, powtarza się ten sam charakterystyczny motyw, to jednak zaraz potem słychać naprawdę ciekawy riff i niezły wokal. Idźmy dalej.

Gęsta mgła, cicho-sza z rana, uciekamy stąd
Nie ma nic, co chciałbym zmienić w miejscu tym
Mam to tu, mam to tam, zaraz uciekamy stąd
Teraz śpij, słodko śnij, ostatni – światło pstryk


I dostajemy mocno w twarz. Tak zaczyna się drugi utwór na płycie - Groźny. Spokojnie zaśpiewane wersy zwrotki i wyrazisty refren. Do tego dochodzą lekkie improwizacje, co można dostrzec szczególnie w końcówce utworu. W Usta me ogrzej słyszymy cover zespołu Breakout - gitara akustyczna na tle nasyconego emocjami wokalu. Naprawdę fajna sprawa.

W tych wszystkich dźwiękach, gdzieś zauważyłem wpływ, albo niewielkie inspiracje Queens Of The Stone Age. Nie wiem, czy to właściwy trop, ale naprawdę w utworze Sun Dro, bądź Sajsonki , gitarowe riffy, przypominają mi ciągle klimaty, które serwuje nam Josh Homme. Naprawdę coś, przynajmniej dla mnie - albo raczej dla tych dwóch sterczących z boku głowy narządów odbierajacych te, całkiem niezłe fale dźwiękowe, takiego tam siedzi. Czy można muzykę Kości nazwać stoner rockiem? Myślę, że delikatnie można taką etykietę zepołowi z Głogowa przykleić. Naprawdę delikatnie.

Mamy zatem dobre gitary i to faktycznie one odgrywają tu najważniejszą rolę - świetne riffy, zapętlenia i wiele innych rzeczy, które ze strunami można zrobić.

Wokół albumu, albo po prostu na nim samym, łatwo wyczuć wpływ muzyki psychodelicznej. Mamy tutaj dwa takie, typowo w tym klimacie utwory - Dom Moniewka i 11-. O ile ten pierwszy naprawdę może się podobać, to jednak odgłos cofającej się taśmy(w 11-) raczej odpycha niż przeciąga - ta ścieżka jest zbędna. Zatem psychodelia, psychodelia. No tak, na całej płycie słychać takowe inspiracje. Posłuchajcie zresztą Morfiny - czy już sam wokal o tym nie świadczy?

Zaznaczam, że nie jest to płyta aż tak szalona, jak na przykład Statek Kosmiczny Ścianki, nie jest aż tak wyrazista, ale jest nieźle pokręcona, jest dobra. Serio. Sami muzycy twierdzą, że to concept album - transowa, muzyczna podróż, ale bez konkretnego celu. Od siebie dodam, że może faktycznie jest to podróż bez celu, ale również jest to całkiem fajna wycieczka.

1. Lunares
2. Grozny
3. Usta me ogrzej
4. Dom moniewa
5. Morfina
6. Umysł ciągle drga
7. Sajsonki
8. De moon
9. Maji
10. Sun dro
11. 11-

Ocena: 7/10


kosci.art.pl
myspace.com/kosciband

sobota, 27 grudnia 2008

Recenzja: Led Zeppelin - IV

Najtrudniej jest zawsze zacząć, dlatego też chciałem ułatwić sobie początek. Chyba przez tydzień myślałem, od jakiej płyty powinienem zacząć. Kryterium było jedno: long play musi dostać "dychę".
Póżniej podszedłem do tego z następującej strony: najlepiej będzie jeśli ową płytą będzie tzw. pewniak, czy coś powszechnie uznane za świetną muzykę.
Z drugiej jednak strony to tylko i wyłącznie mój blog i chciałem koniecznie znaleć takie dźwięki, co do których nie mam wątpliwości, że zasługują na najwyższą notę.

Zatem - Led Zeppelin - Czwarty album.

Ten najsłynniejszy krążek Led Zeppelin wyszedł na świat 8 listopada 1971 roku. Płyta była pozbawiona tytułu, jednak na albumie pojawiły się cztery charakterystyczne symbole, stąd czasami krążek określany jest jako Four Symbols, albo ZOSO, bądź właśnie Led Zeppelin IV. Ale to wszystko to tylko nazwy - najważniejsza jest, jak zwykle, muzyka. A ta na "Czwórce" jest świetna, ponadczasowa.

Dawno, dawniej nie doceniałem tego typu płyt, nie doceniałem starych płyt. Nie wiem dlaczego - może właśnie z powodu wieku. Z faktu, że były stare i z powodu przekonania, że coś tak "starego" nie jest w stanie do mnie w żaden sposób przemówić. Rzeczywistość okazała się inna, muzyka okazała się inna, niż przewidywałem. Ale nie tylko muzyka. Album jest pełen świetnych tekstów. A zaczyna się tak:

Hey, hey, mama, said the way you move
Gonna make you sweat, gonna make you groove.
Oh, oh, child, way you shake that thing
Gonna make you burn, gonna make you sting.
Hey, hey, baby, when you walk that way
Watch your honey drip, cant keep away.


Czyli zaczynamy od tyłka, tak? Proste słowa opisują proste sprawy. Ale wcale to nie jest takie proste, jak się wydaje. Owszem, mamy tu dosyć banalny tekst, ale dzięki temu jest on bardzo, bardzo prawdziwy, dlatego jest taki piękny. Plant kończy utwór śpiewając:

All I ask for when I pray, steady rollin' woman gonna come my way.
Need a woman gonna hold my hand, won't tell me no lies, make me a happy man.


Startujemy więc hard rockowo ze świetnym gitarowym riffem i przechodzimy do rock'n'rolla w kawałku o właśnie takim tytule - Rock And Roll. Świetna muzyka, wyśmienita melodia. Potem czeka nas bitwa, a dokładnie - The Battle Of Evermore, utwór(podobnie zresztą jak Misty Mountain) inspirowany twórczością Tolkiena.

Najważniejszym utworem na płycie jest jednak Stairway To Heaven. Najsłynniejsza ballada rockowa. Cóż można wiecej powiedzieć?
W sumie - całkiem sporo...
Utwór zaczyna się łagodną, klimatyczną grą palcami na gitarze akustycznej, aż w końcu do gry wkracza piórko i dochodzimy do momentu, w którym Plant śpiewa:

Ooh, it makes me wonder

To jest jeden z moich ulubionych momentów w tym utworze. Zresztą cały czas mam wrażenie, że w tej piosence każdy może znaleźć cos dla siebie. Mamy genialny tekst, muzykę i piękne solo. Arcydzieło.

Idziemy dalej. Four Stick, kórego nazwa wzięła się stąd, że Bonham gra w nim na perkusji czterema pałeczkami. Going To California. Bardzo lubię ten akustyczny utwór. Za muzykę, za bardzo, taki pełen emocji, wokal Planta, za tekst i za samą Kalifornię, która wywołuje u mnie naprawdę pozytywne skojarzenia.

No, ale to nie wszystko. Jeszcze nie wszystko. Na koniec panowie z Led Zeppelin zostawili na najlepsze. Samą słodycz - When The Levee breaks.

If it keeps on rainin', levee's goin' to break,
If it keeps on rainin', levee's goin' to break,
When The Levee breaks I'll have no place to stay.


Utwór(przynajmniej w swojej głowie tak to widzę), obrazujący to, że zbyt wielkie nawarstwienie problemów, porażek, może doprowadzić do swoistego pęknięcia w nas samych. Mógłbym jeszcze rozwinąć tą swoją interpetację, ale zaczniecie podejrzewać mnie o zwyczajne pierdolenie, więc pasuję. Podsumuję za to ten utwór tak: taki blues naprawdę mocno kopie dupę.

Zatem świetne nagranie na koniec tej świetnej płyty. Kto jeszcze nie zna tych dźwięków, niech nie traci czasu na czytanie tego bloga i nadrobi zaległości.

1. Black Dog [4:57]
2. Rock And Roll [3:41]
3. The Battle Of Evermore [5:50]
4. Stairway To Heaven [8:02]
5. Misty Mountain Hop [4:38]
6. Four Sticks [4:44]
7. Going To California [3:35]
8. When The Levee Breaks [7:07]

Ocena: 10/10