sobota, 29 sierpnia 2009
Odśwież
Myślę nad odświeżeniem owego miejsca, ale nie na razie szału nie będzie. Na ten moment odsyłam do recenzji ostatniej płyty Radiohead, którą popełniłem dwa lata temu. Oto i link: Radiohead - In Rainbows. Tekst znalazłem ostatnio lekko podniszczony i zapomniany poniżej kurzu i zalegającego wkoło gówna samotności. Nic szczególnego, ale cieszy mnie, że się tutaj pojawia.
niedziela, 22 lutego 2009
Recenzja: George Dorn Screams - O’Malley’s Bar
Po dosyć ciepłym przyjęciu albumu Snow Lovers Are Dancing i wielu miesiącach czekania na nowe kompozycje, światło dzienne ujrzał drugi long play zepołu z Bydgoszczy - O’Malley’s Bar. I w tym miejscu musi się pojawić imię, czyli John i nazwisko, czyli Congleton – lider zespołu The Paper Chase, współpracujący dotychczas z takimi grupami, jak Modest Mouse, Explosions in the Sky, The Roots, Logh, czy The Appleseed Cast. Tak, właśnie ten facet zajął się produkcją krążka i myślę, że zarówno zespół, jak i my, możemy być zadowoleni z brzmienia albumu - jest naprawdę dobrze: zarówno ciche, spokojne plumkania, jak i mocniejsze fragmenty prezentują się całkiem fajnie.Zacznijmy od pierwszego utworu na plycie - Circles. Spokojny głos wokalistki zamyka oczy, prowadzi nas przez ten piękny utwór i sprawia, że razem ze śpiewanymi słowami dopływamy do pełnej emocji, instrumentalnej końcówki. Trans, psychodelia, cóż więcej będę pisał - posłuchajcie koniecznie, bo to naprawdę świetna kompozcyja.
Drugim utworem na płycie jest singlowy Cul-De-Sac - początek z delikatnie zaznaczonym rytmem i zaraz potem wejście gitar, które tutaj grają pulsująca melodię. Główną rolę odgrywa jedak wysunięty lekko do przodu wokal Magdy. I tak: kiedy pierwszy raz słuchałem tego utowru, byłem lekko zawiedziony i totalnie dziwiłem się temu, że został wybrany na singiel. Z biegiem czasu, jednak przekonałem się do niego i teraz myślę, że te lekko ponad 4 minuty muzyki mają coś w sobie. Coś co sprawia, że zapamiętujesz te dźwięki i wracasz do nich, szczególnie po to, aby jeszcze raz posłuchać naprawdę wyśmienitego zakończenia. Kolejna kompozycja - Waterproof to przede wszystkim delikatny wokal Powalisz i wyciszająca gitara - taki bardzo kojący utwór. Podobnie zbudowany jest Summers, Springs and Winters, ale już w połowie ścieżki rozpoczyna się jeden z najlepszych momentów całej płyty - hiponotyzujący wokal przy dynamicznej grze na perkusji i ścianie dźwięków tworzonej przez gitary. I znowu jest psychodelicznie i transowo.
Na płycie ciagle pada śnieg. Widać białe płatki spadające z ciemnego nieba. Ciemnego, bo jest tu też mnóstwo czarnej nocy. Białe chodniki, białe drzewa. Wszystko to rozświetlone światłem latarnii.
I shut the door and dropped the key
You will never get inside
Over to najpiękniejszy utwór na płycie(klimat!). Najpierw łagodna gitara lekko kołysze i wprowadza w melancholijny nastrój. Następnie słyszymy delikatny wokal i utwór powoli się rozkręca. Dźwięki gęstnieją i robi się bardzo duszno. Po chwili Madzia mocniejszym wokalem wprowadza nas w stan lekkiej hipnotyzy. Jest coraz duszniej, serce bije coraz mocniej, aż w pewnym momencie zostaje otwarte okno i możemy złapać trochę powietrza.
Tak podsumuję tą płytę : jest noc, jest śnieg. Do tego dodam wiatr, który powiewa tutaj od czasu do czasu. Raz praktycznie niezauważalny, a raz silny, porywisty i chcący powalić nas na ziemię.
Świetna jest.
1. Circles [8:04]
2. Cul-De-Sac [4:13]
3. Waterproof [5:30]
4. Summers, Springs and Winters [6:07]
5. Hangover Tune [5:29]
6. Over [5:21]
7. Clumsy Dance [7:00]
8. Messages From A Drunken Broom [8:24]
Ocena: +8/10
myspace.com/georgedornscreams
Tagi:
*George Dorn Screams,
alternatywa,
post rock,
shoegaze
piątek, 13 lutego 2009
Recenzja: Ketha - III-ia

To był jeden z tych dni, w ciągu których przewija mi się w głowie główny riff z Catch 33 Meshuggah. Tak, ten tłusty, mięsisty riff. I mniejsza o to, czy riff może kojarzyć się z czymś tłustym i mięsistym. Mniejsza o to. Nie wiem, czy tez tak macie, ale kiedy tylko usłyszę tą muzykę, ona na długo pozostaje w głowie...I mimo, że przez dosyć sporych rozmiarów okres czasu do niej nie wracam, mimo, że słucham spokojniejszych, bardziej ludzkich dźwięków, nie aż tak odhumanizowanych, jak owa płytka, co chwilę przez głowę przechodzi ten zajebiście charakterystyczny motyw i za cholerę nie chce tego miejsca opuścić.
A więc, to był jeden z tych dni...Mało tego. Przy okazji zbliżajacego się szybkimi krokami wrocławskiego Asymmetry Festival przeszukiwałem sieć i myspace'y uczestników festiwalu. Przesłuchiwałem płytki i szukałem czegoś, co zatrzyma mnie na dłużej i, najprościej mówiąc, powali. Sludge metal, post metal, post rock - takie gatunki muzyki najczęsciej rzucały się w oczy. Ale, jako, że to był jeden z tych dni, moją uwagę przykuł pewien zespoł z Rzeszowa. Najpierw dowiedziałem się, że chłopaki na przełomie kwietnia i maja wyruszają w trasę koncertową z samym Minskiem. W tym momencie uderzyło we mnie coś takiego: I ty ich nie znasz? Zaraz potem przeczytałem, że na ich muzykę duży wpływ wywarł polski Kobong, a także wyżej wymieniony Meshuggah. Tak, zaintrygowało mnie to.
Zaraz po wydaniu albumu III-ia powoli zaczęły wypływać na powierzchnię pochlebne recenzje muzyki Kethy. Były i wywiady, zespół pojawił się też na kilku koncertach. To prawda, ale nie można powiedzieć, że było tego dużo. Bardzo możliwe, że właśnie przez taki obrut spraw, nie dane mi było słyszeć ich wcześniej. Czyli, mimo, że kapela gra naprawdę ciężką, głośną muzykę, paradoksalnie - cisza, ale tak już jest u nas przy okazji tego typu grania.
No, ale co my tu mamy? Muzyka na III-ia to dosyć nieszablonowe kompozycje. Przynajmniej mi nie udało się odnaleźć jakiegoś konkretnego schematu według którego tworzony był ów album. Mnóstwo połamanych riffów. Ba! Mnóstwo świetnych połamanych riffów. Do tego dobra robota perkusisty, hard core'owy wokal - może nie jest do darcie najwyższych lotów, ale słucha się tego całkiem przyjemnie. Najbardziej z całego krążka w moją pamięć zapadł utwór mongoose. Zaczyna się motywem, który wywołuje u mnie dosyć mocne skojarzenie z meszugą, a potem? Kawałek się rozkręca. Maciek Janas(wokal) daje z siebie wszystko i wydziera gardło, aż miło. Do tego dochodzi lekka psychodelia, kolejne pokręcone riffy i mocna końcówka. Zaraz po mongoose muszę wspomnieć o mantra te - również świetnie się zaczyna, tym razem dosyć spokojnie, co często zapowiada mocnego kopa w dupę, którym lada chwila mamy być obdarowani. Nie inaczej jest teraz, z tym, że wokal Maćka jest tutaj bardziej transowy, trochę nawet hipnotyzujący, ale nie trwa to długo. Dalej jest już tylko głośniej i mocniej. Skupię się jeszcze na jednj sprawie - najlepszy moment utworu to chwila, w którym słyszalne jest coś w rodzaju scatu wokalisty, do tego zaraz potem wychwytujemy taką delikatną, szybką solówkę. Zajebista sprawa.
Te około 32 minuty muzyki to także świetna produkcja. Wszystko tu jest ciężkie, mocne, wyraziste, ale właśnie o to chodzi, prawda? Dodam do tego niezłą oprawę graficzną albumu, której autorem jest już wspominany w tym tekście Maciek. Czyli, że co? Tak, powstał cakiem dobry album i trzeba przyznać, że jest to naprawdę granie na światowym poziomie.
1. .:: [1:26]
2. ado-71 [3:18]
3. izoid [5:12]
4. trip [3:17]
5. Mantra Te [4:49]
6. eye [5:03]
7. mongoose [4:25]
8. off [5:05]
Ocena: +7/10
myspace.com/kethasounds
Tagi:
*Ketha,
experimental,
metal,
progressive metal
niedziela, 8 lutego 2009
Newsy: ISIS - Wavering Radiant
Nowy album Isis zatytułowany Wavering Radiant pojawi się w sprzedaży 5-tego maja 2009(wcześniej tj. 21 kwietnia - specjalna edycja winylowa krążka). Zajebiscie, nie? Przypominam o tym, przy okazji faktu, że udało mi się znaleść cover tego wydawnictwa. Jest prześwietny - zobaczcie zresztą:
Tagi:
metal,
newsy,
post metal,
progressive metal,
sludge metal
sobota, 7 lutego 2009
Recenzje: Sonic Youth - EVOL
Wczoraj jadłem pomarańcze - skórki ciagle leżą uśpione na tym brązowym, beznadziejnym tależu i niepokojone przez nikogo mogą spokojnie spoczywać tak całkiem na lewo od lewej ręki. Do tego kubki, szklanki, do których boję się już zaglądać - mają tu swoje miejsca od tygodnia. Może dwóch? Ubrania rozpierdolone po całym łóżku, butelki, notatki na podłodze. Ale w sumie to jest całkiem spoko. Dobra, może na pierwszy rzut oka nie jest zbyt przyjemnie: aby coś napisać trzeba rozkopać wszystko z nadzieją, że znajdzie się jakaś czysta, pusta kartka; aby się czegoś napić muszę zwykle urządzić bieg do kuchni i sprawnie użyć wody z płynem. No muszę.Jest tu trochę brudno, brudno w pozytywnym sensie, melodyjnie, ale są to dosyć specyficzne melodie - nie takie, które natychmiast wpadają w ucho, by równie szybko wyskoczyć z niego z krzykiem: aaa, spierdalam już! Melodie, które człowiek łapie czasami po drugim, trzecim przesłuchaniu, melodie otoczone masą zgrzytów, pisków i innych różnych dźwięków jakie mogą wydać drgające struny. No, ale dobra - trochę się rozpędziłem - zacznijmy od okładki...
W sumie jest brzydka: kobieta z zaciśniętymi zębami i z oczami pełnymi złości patrzy na nas, jakby chciała nas z miejsca zajebać. Wszystko w odcieniach fioletu, podobnie zresztą fioletowy jest sam tytuł płyty. EVOL. Czyli miłość pisana na wspak, prawie, że ćśołim - mam nadzieję, że nie czytaliście tego ostatniego słowa: ciężko się to wymawia. Ale czy ten kolor, ta kobieta, tytuł nie pasują do siebie!? Nie mamy tutaj czegoś w rodzaju cieszącej oczy okładki z napisem love, ale właśnie to, co widzicie wyżej z evolem. Fajna sprawa - mi się to zajebiście podoba.
Sonic Youth to jedna z tych grup, na które powołują się te wszystkie nowe młode zespoły rockowe. Dla dzisiejszej muzyki to mniej więcej coś takiego, jak The Velvet Underground dla kapel grających w latach 80tych. A idąc trochę dalej w przeszłość - Kurt Cobain musiał być fanem Sonic Youth. Dobrze zna ich pewnie też Beck - wpływ tego zespołu na muzykę rockową jest cholernie duży. No, ale płyta - w końcu zapomnę, że to o niej chciałem pisać.
Krążek jest pełen psychodelii. Widać(słychać), że zespół wtedy, a był to rok 1986, wybrał taką właśnie drogę - wprowadził do swojej muzyki elementy sprawiające, że tą muzykę słucha się nie tylko lewym i prawym uchem, te dźwięki się po prostu przeżywa.
Na Evol występują jednak też normalne, piosenkowe utwory. Wymienię chociażby Bubble Gum i Star Power. Świetnie się tego słucha, ale to nie one są największym plusem krążka. A co jest? Te wszystkie neurotyczne momenty, kŧórych znajduję mnóstwo w tych 39 minutach muzyki. Shadow Of A Doubt, w którym Kim Gordon na przemian szepcze i krzyczy. Jej głos, pełen erotyzmu i słowa: kiss me in the shadow of a doubt. Secret Girls, gdzie pełen niepokoju początek przechodzi w niezwykłą, nasyconą smutkiem melodię graną na fortepianie - te dźwięki zapamiętacie najbardziej z całeego EVOL. Expressway to Yr. Skull - siedmiominutowa kompozycja urzekająca głosem Moore'a. Ale to nie wszystko. Posłuchajcie co wyprawiają gitary w tym utworze - zanim przyjdzie moment wyciszenia zostajemy zaatakowani mocną dawką dźwięków. Albo tak: wali się na nas potężna ściana dźwięków. O tak!
Ale trzeba się w to wszystko wsłuchać. Nie raz, nie dwa - ta muzyka potrzebuje więcej czasu. Evol może wydawać się trochę chaotyczna, nieuporządkowana, ale kiedy poznacie się z nią lepiej, takie odczucia znikną. Tak więc, wszystkie te butelki, ubrania, worki, skasowane bilety, paragony, torby, klucze leżą tam, gdzie mają leżeć - tam jest ich miejsce - wtedy dwa razy silniej smakuje znalezienie czegoś wywołującego pozytywne emocje. U mnie jest to doniczka z miętą! Tak, to chore, ale znajoma prosiła mnie o opiekę nad roślinką. Gdyby nie ten cały nieporządek, nie rzucałaby się w oczy i zupełnie zapomniałbym o niej. I byłoby po niej. Właśnie! Muszę ją podlać.
1. Tom Violence (lyrics/vocals Moore) – 3:05
2. Shadow of a Doubt (lyrics/vocals Gordon) – 3:32
3. Starpower" (lyrics Thurston, vocals Gordon) – 4:48
4. In the Kingdom #19 (lyrics/vocals Ranaldo) – 3:24
5. Green Light" (lyrics/vocals Moore) – 3:46
6. Death to Our Friends – 3:16
7. Secret Girl (lyrics/vocals Gordon) – 2:54
8. Marilyn Moore" (lyrics Lydia Lunch and Moore, vocals Moore) – 4:04
9. Expressway to Yr. Skull (aka The Crucifixion of Sean Penn/Madonna, Sean and Me) (lyrics/vocals Moore) – 7:19
10. Bubblegum (Kim Fowley) (vocals Gordon, Ranaldo) – 2:49[CD bonus track]
Ocena: +9/10
piątek, 6 lutego 2009
Koncerty: George Dorn Screams

Tak jest! Zresztą chyba nie ma się czemu dziwić. George Dorn Screams lada dzień wydaje drugą płytę - premiera 9 lutego - i w związku z tym będziemy mieli możliwośc posłuchania nowych utworów na żywo. Promocję O’Malley’s Bar rozpocznie koncert w Poznaniu(10 II), a potem zespół odwiedzi Kraków! Chwila, no może nie tak od razu. Wcześniej jest oczywiście Wrocław, ale najważniejsze jest to, że band pojawi się w klubie Re(a proszę bardzo: lastfm.pl/event/892460), więc mamy się z czego cieszyć. Zresztą zapraszam na wszystkie koncerty, które widzicie pod plakatem.
Pod linkiem można wysłuchać dwóch utworów z nowego LP, a w niedługim czasie, na tym oto blogu, pojawi się recenzja O’Malley’s Bar.
10.02. W Starym Kinie, Poznań
11.02. Bezsenność, Wrocław
12.02. Re, Kraków
13.02. Luka, Łódź
15.02. Jadłodajnia Filozoficzna, Warszawa
27.02. Tromba, Tczew w/Kyst
28.02. Ucho, Gdynia w/ Kyst
06.03. Mózg, Bydgoszcz w/ Woody Alien
15.03. Piwnica Pod Aniołem, Toruń
Tagi:
koncerty
niedziela, 1 lutego 2009
Koncerty: Organizm w trasie
Tczew, Lublin, Kielce i Kraków - Organizm ruszył właśnie w trasę koncertową. Cieszy szczególnie(przynajmniej mnie) ten ostatni wymieniony przystanek(warto zerknąć tutaj: lastfm.pl/event/913837). Zapraszam wszystkich na ich granie, tym bardziej, że przygotowali całkiem zajebisty plakat z okazji nowej trasy. Popatrzcie zresztą...

Recenzja płyty Głową w dół jest dostępna tutaj.

Recenzja płyty Głową w dół jest dostępna tutaj.
Tagi:
koncerty
niedziela, 18 stycznia 2009
Recenzja: Blindead - Autoscopia / Murder In Phazes

Pierwszy raz nazwę Blindead usłyszałem przy okazji koncertów Cult Of Luna i Neurosis w Polsce. To była właśnie ta grupa, która supportowała te dwie dosyć sporej wielkości firmy. Wiedziałem, że grają metal, że inspirują się wyżej wymieniowmymi, a także Rossetą, Isis i pewnie wieloma innymi, ale dla mnie ciągle Blindead pozostawało nazwą - trochę czasu minęło zanim zamknąłem oczy, wyciagnałem przed siebie ręce i z zacisniętymi zębami sięgnąłem do ich twórczości. Spróbuję - pomyślałem wtedy. I spróbowałem.
Już od pierwszych dźwięków zespół wprowadza nas w nastrój niepokoju, w wyniku czego czekamy z napięciem na wejście gitar. Jednak zamiast mocnej ściany dźwięków, szybko zostajemy uspokojeni spokojną melodią, a równie spokojny i czysty wokal Nicka zaczyna hipnotyzować słuchacza. W tym stanie pojawia się kolejną myśl: kiedy usłyszymy ten cały agreswny, hard-core'owy krzyk? I w najbardziej chyba odpowiednim momencie, Nick atakuje nasze uszy niesamowitym głosem, pełnym żalu i gniewu. Tak, wokal Blindead jest ogromną zaletą tego zespołu. Patryk Zwolinski potrafi skupić na sobie uwagę zarówno spokojnym śpiewem, jaki i wprawić w osłupienie krzykiem.
Muzyka Blindead jest niesmowicie klimatyczna, transowa. Zamykamy oczy i zostawiamy samych siebie dźwiękom, które targają nami na wszystkie cztery strony i pozwalają zapomnieć o tym, co dzieje się wokół nas. Ktoś kiedyś opisał ten rodzaj muzyki między więcej tak: to nie jest muzyka ładna, ale jest naprawdę piękna, jeśli rozumiecie, co mam na myśli. Ta estetyka, ten sposób grania pełen wolnych, ciężkich, masywnych, transowych riffów sprawia, że człowiek wchłania te wszystkie dźwięki i nasiąkniętny nimi oddala się od otaczającej rzeczywistości.
Autoscopia / Murder In Phazes to koncept album, zresztą wystarczy zerknąć na tytuły utworów, aby przekonać się, że mają ze sobą niewątpliwy związek. Tematem krążka jest, jak sam tytuł wskazuje, morderstwo w fazach i trzeba przyznać, że klimat jaki unosi się nad tym LP naprawdę pasuję do treści płyty. Jest mrocznie, ciemno, mamy niepokój, strach, ból, złość, ale także w jakimś sensie pasję. Nie zrozumcie mnie źle, ale słuchając tego opisu morderstwa czuję właśnie coś takiego.
Invite my essence with your lustful wrists and fatigued eyes
So I can teach you how to feel I shall descent you
From your personal asylum into sanctuary of Senses with sweet bitterness
Flowing lust
Overwhelming calmness let me lead you
To the open horizon of Clarity
Liryki to także duży plus albumu. Popatrzcie na te kilka wersów wyżej - naprawdę oddają atmosferę płyty, a to kolejny argument za tym, aby zapoznać się z dziełem Blindead.
A co wywarło na mnie największe wrażenie? Phase III: Blood Bond - jeden z najbardziej charakterystycznych utworów na płycie, w którym niezapomniany wokal Nicka, na tle hipnotyzującej grze gitar i perkusji, wdziera się do głowy, aby najpierw nasycić ją lekko przesterowanym spokojnym śpiewem, a potem nagle uderzyć i powalić na ziemię niesamowicie wyrazistym krzykiem. Bo taka ta płyta jest - powalająca.
Album Fazy morderstwa nie jest muzyką, która urzeknie nas melodią i napełni pozytywną enegrią. Są to raczej dźwięki dla tych, którzy szukają w muzyce psychodelii, szukają swego rodzaju transu, może czegoś przytłaczającego. Tutaj znajdziecie właśnie cos takiego. Autoscopia / Murder In Phazes świetnie wypada zarówno zarówno na koncercie, jak i kiedy słuchamy jej w zupełnej samotności. Nie jest to prosta muzyka, wymaga skupienia i czasu, ale to cecha tego gatunku, dlatego myślę, że każdy słuchacz Neurosis, czy Isis będzie w pełni zadowolny i zostanie wsiąknięty przez ten krążek. Czyli dobry post-metal nad Wisłą? Tak, kawał naprawdę świetnej, ciężkiej roboty.
1. Phaze I: Enlightenment
2. Phaze I: Abyss
3. Phaze II: Symmetry
4. Phaze II: Phenomena
5. Phaze III: Blood Bond
6. Phaze III: A Nice Night For A Walk
7. Phaze IV
Ocena: 8/10
myspace.com/blindead
blindead.net
Tagi:
*Blindead,
doom metal,
metal,
post metal,
progressive metal,
sludge metal
poniedziałek, 12 stycznia 2009
Recenzja: Organizm - Głową w dół
Nie ma co! Można u nas znaleźć naprawdę dobrą muzykę. Dobrą, czyli w miarę oryginalną, z niezłymi polskimi tekstami, która po prostu wciąga i sprawia, że pojawia się myśl: muszę, kurwa, iść na ich koncert.Organizm to dosyć nowa rzecz, zespół, który debiutował rok temu płytą zauważalną nie tylko przez polskich fanów sceny alternatywnej. W sumie poznałem ich ledwie kilka dni temu. I muszę przyznać, że panowie mnie nieźle zaskoczyli. Zespół tworzy trzech muzyków: Kuba Affelski, Jędrek Dąbrowski, Tomek Gogolewski, czyli perkusja, bas(i wokal), oraz gitara. Minimalizm, prawda? Dokładnie - bo taka jest ich muzyka - prosta, surowa, ale zarazem niebanalna. Na to wszystko wpływają niewątpliwie Joy Division, Sonic Youth, The Cure, The Smiths, ale także nasza Republika. Zresztą sam wokalista przyznaje: Rebublika - wszyscy bardzo ich cenimy, choć ja chyba najbardziej. Uważam, że Ciechowski był najlepszym tekściarzem w historii polskiego rocka.
Często jest tak, że kiedy próbujemy czegoś nowego, nieznanego, nie rzucamy się na to od razu, ale z dystansem, w jakims dziwnym sensie, delikatnie kosztujemy pewną część tego czegoś. Mam tak z muzyką - nim dopadnę do płyty danego zespołu, często zaglądam na myspace, aby tam przesłuchać jakiś reprezentatywnych kawałków. I właśnie od tego pierwszego wrażenia zależy zajebiście dużo. A jak było w tym wypadku? Te hałaśliwe dźwięki przyssały lekko moją uwagę, a chwilę potem usłyszałem wokal. No właśnie. Czy przypadkiem umiejetności wokalisty nie są tym, na co zwracacie szczególną uwagę podczas słuchania muzyki? Pewnie tak, ale patrzcie, co się okazuje w przypadku Organizmu: Z braku umiejętności śpiewania zacząłem krzyczeć i tak było zanim zacząłem panować nad swoim głosem. Zatem sam Dąbrowski przyznaje, że spiewać nie potrafi, ale jeśli chodzi o krzyk - gość robi to całkiem nieźle. Dzięki połączeniu tych wszystkich zgrzytów, kąśliwych dźwięków, tej całej nerwowości w muzyce z takim, a nie innym wokalem, otrzymujemy naprawdę coś solidnego. Coś, co warte jest naszej uwagi i do czego warto wracać.
Zespół zaczyna od utworu pod nazwą R. Pierwszwe skojarzenie to Queens Of The Stone Age - Rated R, ale potem okazuje się, że to całkiem bez sensu. Organizm nie gra stoner rocka, oni grają swoje. Widać w nich swego rodzaju oryginalność i to mnie całkiem cieszy. Do tego wszystkiego dochodzą niezłe teksty, które oczywiście pasują do krzykliwego wokalu. Patrzcie zresztą sami:
Nie radzimy sobie razem
Nie możemy być osobno
Czy kochamy się za mało
Czy kochamy się za mocno
Odpowiedź na to pytanie okazuje się prosta, ale ta prostość jest niczym innym, jak ciągłymi wątpliwościami. A to wszystko w utworze Teatr. Ale wcześniej mamy Głowę. Ten singlowy utwór jest jednym z najlepszych na płycie. Powala zarówno muzycznie, jak i tekstowo. Zresztą, moim zdaniem, to jedna za lepszych rzeczy zaśpiewnanych(albo raczej wykrzyczonych) po polsku ostatnimi czasy. Choćby dlatego warto zapoznać się z tą ścieżką.
A patrzcie co wyprawia gitara w Ósmy Dniu. Czy to nie jest piękne?
Jesteśmy biedni, mamy tylko siebie
Stoimy na ulicy, zaglądmy w okna
Wymyślamy siebie, w tych odegłych światach
W ciepłym bezpieczeństwie, w tym, co tak odległe,
W tym, co niedostępne, w tym, co nie jest dla nas
Tak. Do tego tekst, przekazany przez Dąbrowskiego jest w stanie dotrzeć do człowieka. W samej muzyce - lekkie improwizjacje, lekka psychodelia, a potem przejście do kolejnego świetnego kawałka na płycie - Bukowskiego. Co w nim jest takiego dobrego? Może to, że tak szczerze mówi o uczuciu, albo raczej o niepokoju z nim związanym. Może dlatego, że chwilę potem zostajemy oszołomieni słowami:
Życie zabija życie w nas
I mniej więcej taki klimat towarzyszy nam przez cały album. Jeżeli czujecie taką muzykę, jeżeli lubicie czasem dostać takiego mocnego kopa w dupę po polskiemu, to zachęcam do zapoznania się z tymi dźwiękami. Jest to na pewno jeden z najlepszych naszych krążków ubiegłego roku.
1. R
2. Głowa
3. Teatry
4. Teraz
5. Między
6. Przez Ścianę
7. Funk
8. Prześwietlenie
9. Ósmy Dzień
10. Bukowski
11. Piątek
12. Nuda
13. Wniebowzięci
Ocena: +7/10
organizm.art.pl
myspace.com/myorganizm
Tagi:
*Organizm,
alternatywa,
rock
sobota, 3 stycznia 2009
Recenzja: Interpol - Turn On The Bright Lights
Przeczytałem o nich jakiś czas temu w gazecie. Co?! Nie, nie o tą mi chodzi - to był jakiś dodatek kulturowy. I rozmowa z wokalistą, z Paulem Banksem. O Nowym Jorku opowiadał, o tym jak wpływa na niego to miasto i...Zaskoczony? Tak, dokładnie, to słowo pasuje świetnie. Spodziewałem się czegoś innego, w sensie gorszego, rozumiesz? Chociaż, chociaż porównania z Joy Division zachęcały, aby przyglądnąć się im trochę bliżej. No jak nie piszę? Już piszę, przecież widzisz. Zobaczysz, dlaczego byłem tak jebanie zaskoczony.
W to wszystko wprowadza nas Untitled. Senny, melancholijny głos wokalisty sprawiają, że wokół dźwięków tworzy się klimat trochę taki nawet oniryczny. Lubię wracać do tych 3 minut i 56 sekund. Uspokajają i wyciągają trochę z tego całego gówna, które często zalega w głowie.
W Obstacle 1 zdumiewa, cieszy, a nawet zachwyca świetne wykorzystanie trzech gitar. Do tego dochodzi pełen pasji wokal i kiedy to wszystko zlejemy w całość otrzymamy naprawdę coś mocnego. Świetny kawałek. Zresztą trudno mi znaleźć pośród tych 11 ścieżek słaby utwór. Nie ma czegoś takiego, że podczas słuchania krążka, dajmy na to w połowie, coś mnie na tyle drażni, że skipuję jakiś track. Naprawdę nie ma. I to niewątpliwa zaleta Turns On.
Dla mnie ten long play jest czymś, co mógłbym określić jako świeże. No tak, czymś świeżym, choć niektórzy twierdzą, że w muzyce nic nowego sie nie pojawia, a wszystko jest tylko nieudolną kopią, bądź rozwinięciem, tego, co tworzył zespół The Beatles. Prawda jest taka, że ciagle się coś wartego uwagi znajdzie i mam na myśli te rzeczy, które faktycznie zaskakują pozytywnie. No, ale wróćmy do Interpolu. Chłopaki z Nowego Jorku łączą punkową ekspresję ze specyficznym, przyciągającym uwagę i wciagającym wokalem Paula. Słychać to świetnie w już wcześniej opisanym Obstacle, słychać to drugim Obstacle, podobnie Say Hallo The Angels. Jest też ciszej, i o jednym takim kawałku już wspomniałem, ale co chcę zaznaczyć? Otóż to, że to jest dosyć fajnie wyważone. Jest głośno i jest także spokojnie. W odpowiednich proporcjach.
O tym już było, o tym też, tamto też, więc nie będę się powtarzał. No, ale jeszcze kilka słów o ostatnim utworze na Turns On - Leif Erikson. Dlaczego? Najbardziej mnie wkręcił. Zaczyna się od spokojnej, pulsujacej gitary, a po chwili słyszymy dosyć prosty rytm wprowadzony przez perkusitę. Muzycznie utwór ten może nie jest jakoś lepszy od tego, co słyszymy na początku, czy też w środku płyty. Ale wokal?!
Turn On The Bright Lights bardzo pasuje mi do słowa, które już kilka razy pojawiło się w tym tekście. Mam na myśli melancholię, bo właśnie w takich chwilach, powiedzmy, wypełnionych nią, lubię posłuchać tego krążka. Dobra to rzecz.
1. Untitled [3:56]
2. Obstacle 1 [4:11]
3. NYC [4:19]
4. PDA [4:59]
5. Say Hello to the Angels [4:28]
6. Hands Away [3:05]
7. Obstacle 2 [3:47]
8. Stella Was a Diver and She Was Always Down [6:27]
9. Roland [3:35]
10. The New [6:07]
11. Leif Erikson [4:00]
Ocena: +8/10
myspace.com/interpol
Tagi:
*Interpol,
alternatywa,
indie rock,
post punk
Subskrybuj:
Posty (Atom)