
To był jeden z tych dni, w ciągu których przewija mi się w głowie główny riff z Catch 33 Meshuggah. Tak, ten tłusty, mięsisty riff. I mniejsza o to, czy riff może kojarzyć się z czymś tłustym i mięsistym. Mniejsza o to. Nie wiem, czy tez tak macie, ale kiedy tylko usłyszę tą muzykę, ona na długo pozostaje w głowie...I mimo, że przez dosyć sporych rozmiarów okres czasu do niej nie wracam, mimo, że słucham spokojniejszych, bardziej ludzkich dźwięków, nie aż tak odhumanizowanych, jak owa płytka, co chwilę przez głowę przechodzi ten zajebiście charakterystyczny motyw i za cholerę nie chce tego miejsca opuścić.
A więc, to był jeden z tych dni...Mało tego. Przy okazji zbliżajacego się szybkimi krokami wrocławskiego Asymmetry Festival przeszukiwałem sieć i myspace'y uczestników festiwalu. Przesłuchiwałem płytki i szukałem czegoś, co zatrzyma mnie na dłużej i, najprościej mówiąc, powali. Sludge metal, post metal, post rock - takie gatunki muzyki najczęsciej rzucały się w oczy. Ale, jako, że to był jeden z tych dni, moją uwagę przykuł pewien zespoł z Rzeszowa. Najpierw dowiedziałem się, że chłopaki na przełomie kwietnia i maja wyruszają w trasę koncertową z samym Minskiem. W tym momencie uderzyło we mnie coś takiego: I ty ich nie znasz? Zaraz potem przeczytałem, że na ich muzykę duży wpływ wywarł polski Kobong, a także wyżej wymieniony Meshuggah. Tak, zaintrygowało mnie to.
Zaraz po wydaniu albumu III-ia powoli zaczęły wypływać na powierzchnię pochlebne recenzje muzyki Kethy. Były i wywiady, zespół pojawił się też na kilku koncertach. To prawda, ale nie można powiedzieć, że było tego dużo. Bardzo możliwe, że właśnie przez taki obrut spraw, nie dane mi było słyszeć ich wcześniej. Czyli, mimo, że kapela gra naprawdę ciężką, głośną muzykę, paradoksalnie - cisza, ale tak już jest u nas przy okazji tego typu grania.
No, ale co my tu mamy? Muzyka na III-ia to dosyć nieszablonowe kompozycje. Przynajmniej mi nie udało się odnaleźć jakiegoś konkretnego schematu według którego tworzony był ów album. Mnóstwo połamanych riffów. Ba! Mnóstwo świetnych połamanych riffów. Do tego dobra robota perkusisty, hard core'owy wokal - może nie jest do darcie najwyższych lotów, ale słucha się tego całkiem przyjemnie. Najbardziej z całego krążka w moją pamięć zapadł utwór mongoose. Zaczyna się motywem, który wywołuje u mnie dosyć mocne skojarzenie z meszugą, a potem? Kawałek się rozkręca. Maciek Janas(wokal) daje z siebie wszystko i wydziera gardło, aż miło. Do tego dochodzi lekka psychodelia, kolejne pokręcone riffy i mocna końcówka. Zaraz po mongoose muszę wspomnieć o mantra te - również świetnie się zaczyna, tym razem dosyć spokojnie, co często zapowiada mocnego kopa w dupę, którym lada chwila mamy być obdarowani. Nie inaczej jest teraz, z tym, że wokal Maćka jest tutaj bardziej transowy, trochę nawet hipnotyzujący, ale nie trwa to długo. Dalej jest już tylko głośniej i mocniej. Skupię się jeszcze na jednj sprawie - najlepszy moment utworu to chwila, w którym słyszalne jest coś w rodzaju scatu wokalisty, do tego zaraz potem wychwytujemy taką delikatną, szybką solówkę. Zajebista sprawa.
Te około 32 minuty muzyki to także świetna produkcja. Wszystko tu jest ciężkie, mocne, wyraziste, ale właśnie o to chodzi, prawda? Dodam do tego niezłą oprawę graficzną albumu, której autorem jest już wspominany w tym tekście Maciek. Czyli, że co? Tak, powstał cakiem dobry album i trzeba przyznać, że jest to naprawdę granie na światowym poziomie.
1. .:: [1:26]
2. ado-71 [3:18]
3. izoid [5:12]
4. trip [3:17]
5. Mantra Te [4:49]
6. eye [5:03]
7. mongoose [4:25]
8. off [5:05]
Ocena: +7/10
myspace.com/kethasounds
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz