niedziela, 22 lutego 2009

Recenzja: George Dorn Screams - O’Malley’s Bar

Po dosyć ciepłym przyjęciu albumu Snow Lovers Are Dancing i wielu miesiącach czekania na nowe kompozycje, światło dzienne ujrzał drugi long play zepołu z Bydgoszczy - O’Malley’s Bar. I w tym miejscu musi się pojawić imię, czyli John i nazwisko, czyli Congleton – lider zespołu The Paper Chase, współpracujący dotychczas z takimi grupami, jak Modest Mouse, Explosions in the Sky, The Roots, Logh, czy The Appleseed Cast. Tak, właśnie ten facet zajął się produkcją krążka i myślę, że zarówno zespół, jak i my, możemy być zadowoleni z brzmienia albumu - jest naprawdę dobrze: zarówno ciche, spokojne plumkania, jak i mocniejsze fragmenty prezentują się całkiem fajnie.

Zacznijmy od pierwszego utworu na plycie - Circles. Spokojny głos wokalistki zamyka oczy, prowadzi nas przez ten piękny utwór i sprawia, że razem ze śpiewanymi słowami dopływamy do pełnej emocji, instrumentalnej końcówki. Trans, psychodelia, cóż więcej będę pisał - posłuchajcie koniecznie, bo to naprawdę świetna kompozcyja.

Drugim utworem na płycie jest singlowy Cul-De-Sac - początek z delikatnie zaznaczonym rytmem i zaraz potem wejście gitar, które tutaj grają pulsująca melodię. Główną rolę odgrywa jedak wysunięty lekko do przodu wokal Magdy. I tak: kiedy pierwszy raz słuchałem tego utowru, byłem lekko zawiedziony i totalnie dziwiłem się temu, że został wybrany na singiel. Z biegiem czasu, jednak przekonałem się do niego i teraz myślę, że te lekko ponad 4 minuty muzyki mają coś w sobie. Coś co sprawia, że zapamiętujesz te dźwięki i wracasz do nich, szczególnie po to, aby jeszcze raz posłuchać naprawdę wyśmienitego zakończenia. Kolejna kompozycja - Waterproof to przede wszystkim delikatny wokal Powalisz i wyciszająca gitara - taki bardzo kojący utwór. Podobnie zbudowany jest Summers, Springs and Winters, ale już w połowie ścieżki rozpoczyna się jeden z najlepszych momentów całej płyty - hiponotyzujący wokal przy dynamicznej grze na perkusji i ścianie dźwięków tworzonej przez gitary. I znowu jest psychodelicznie i transowo.

Na płycie ciagle pada śnieg. Widać białe płatki spadające z ciemnego nieba. Ciemnego, bo jest tu też mnóstwo czarnej nocy. Białe chodniki, białe drzewa. Wszystko to rozświetlone światłem latarnii.

I shut the door and dropped the key
You will never get inside


Over to najpiękniejszy utwór na płycie(klimat!). Najpierw łagodna gitara lekko kołysze i wprowadza w melancholijny nastrój. Następnie słyszymy delikatny wokal i utwór powoli się rozkręca. Dźwięki gęstnieją i robi się bardzo duszno. Po chwili Madzia mocniejszym wokalem wprowadza nas w stan lekkiej hipnotyzy. Jest coraz duszniej, serce bije coraz mocniej, aż w pewnym momencie zostaje otwarte okno i możemy złapać trochę powietrza.

Tak podsumuję tą płytę : jest noc, jest śnieg. Do tego dodam wiatr, który powiewa tutaj od czasu do czasu. Raz praktycznie niezauważalny, a raz silny, porywisty i chcący powalić nas na ziemię.

Świetna jest.

1. Circles [8:04]
2. Cul-De-Sac [4:13]
3. Waterproof [5:30]
4. Summers, Springs and Winters [6:07]
5. Hangover Tune [5:29]
6. Over [5:21]
7. Clumsy Dance [7:00]
8. Messages From A Drunken Broom [8:24]

Ocena: +8/10


myspace.com/georgedornscreams

piątek, 13 lutego 2009

Recenzja: Ketha - III-ia


To był jeden z tych dni, w ciągu których przewija mi się w głowie główny riff z Catch 33 Meshuggah. Tak, ten tłusty, mięsisty riff. I mniejsza o to, czy riff może kojarzyć się z czymś tłustym i mięsistym. Mniejsza o to. Nie wiem, czy tez tak macie, ale kiedy tylko usłyszę tą muzykę, ona na długo pozostaje w głowie...I mimo, że przez dosyć sporych rozmiarów okres czasu do niej nie wracam, mimo, że słucham spokojniejszych, bardziej ludzkich dźwięków, nie aż tak odhumanizowanych, jak owa płytka, co chwilę przez głowę przechodzi ten zajebiście charakterystyczny motyw i za cholerę nie chce tego miejsca opuścić.

A więc, to był jeden z tych dni...Mało tego. Przy okazji zbliżajacego się szybkimi krokami wrocławskiego Asymmetry Festival przeszukiwałem sieć i myspace'y uczestników festiwalu. Przesłuchiwałem płytki i szukałem czegoś, co zatrzyma mnie na dłużej i, najprościej mówiąc, powali. Sludge metal, post metal, post rock - takie gatunki muzyki najczęsciej rzucały się w oczy. Ale, jako, że to był jeden z tych dni, moją uwagę przykuł pewien zespoł z Rzeszowa. Najpierw dowiedziałem się, że chłopaki na przełomie kwietnia i maja wyruszają w trasę koncertową z samym Minskiem. W tym momencie uderzyło we mnie coś takiego: I ty ich nie znasz? Zaraz potem przeczytałem, że na ich muzykę duży wpływ wywarł polski Kobong, a także wyżej wymieniony Meshuggah. Tak, zaintrygowało mnie to.

Zaraz po wydaniu albumu III-ia powoli zaczęły wypływać na powierzchnię pochlebne recenzje muzyki Kethy. Były i wywiady, zespół pojawił się też na kilku koncertach. To prawda, ale nie można powiedzieć, że było tego dużo. Bardzo możliwe, że właśnie przez taki obrut spraw, nie dane mi było słyszeć ich wcześniej. Czyli, mimo, że kapela gra naprawdę ciężką, głośną muzykę, paradoksalnie - cisza, ale tak już jest u nas przy okazji tego typu grania.

No, ale co my tu mamy? Muzyka na III-ia to dosyć nieszablonowe kompozycje. Przynajmniej mi nie udało się odnaleźć jakiegoś konkretnego schematu według którego tworzony był ów album. Mnóstwo połamanych riffów. Ba! Mnóstwo świetnych połamanych riffów. Do tego dobra robota perkusisty, hard core'owy wokal - może nie jest do darcie najwyższych lotów, ale słucha się tego całkiem przyjemnie. Najbardziej z całego krążka w moją pamięć zapadł utwór mongoose. Zaczyna się motywem, który wywołuje u mnie dosyć mocne skojarzenie z meszugą, a potem? Kawałek się rozkręca. Maciek Janas(wokal) daje z siebie wszystko i wydziera gardło, aż miło. Do tego dochodzi lekka psychodelia, kolejne pokręcone riffy i mocna końcówka. Zaraz po mongoose muszę wspomnieć o mantra te - również świetnie się zaczyna, tym razem dosyć spokojnie, co często zapowiada mocnego kopa w dupę, którym lada chwila mamy być obdarowani. Nie inaczej jest teraz, z tym, że wokal Maćka jest tutaj bardziej transowy, trochę nawet hipnotyzujący, ale nie trwa to długo. Dalej jest już tylko głośniej i mocniej. Skupię się jeszcze na jednj sprawie - najlepszy moment utworu to chwila, w którym słyszalne jest coś w rodzaju scatu wokalisty, do tego zaraz potem wychwytujemy taką delikatną, szybką solówkę. Zajebista sprawa.

Te około 32 minuty muzyki to także świetna produkcja. Wszystko tu jest ciężkie, mocne, wyraziste, ale właśnie o to chodzi, prawda? Dodam do tego niezłą oprawę graficzną albumu, której autorem jest już wspominany w tym tekście Maciek. Czyli, że co? Tak, powstał cakiem dobry album i trzeba przyznać, że jest to naprawdę granie na światowym poziomie.

1. .:: [1:26]
2. ado-71 [3:18]
3. izoid [5:12]
4. trip [3:17]
5. Mantra Te [4:49]
6. eye [5:03]
7. mongoose [4:25]
8. off [5:05]

Ocena: +7/10


myspace.com/kethasounds

niedziela, 8 lutego 2009

Newsy: ISIS - Wavering Radiant

Nowy album Isis zatytułowany Wavering Radiant pojawi się w sprzedaży 5-tego maja 2009(wcześniej tj. 21 kwietnia - specjalna edycja winylowa krążka). Zajebiscie, nie? Przypominam o tym, przy okazji faktu, że udało mi się znaleść cover tego wydawnictwa. Jest prześwietny - zobaczcie zresztą:

sobota, 7 lutego 2009

Recenzje: Sonic Youth - EVOL

Wczoraj jadłem pomarańcze - skórki ciagle leżą uśpione na tym brązowym, beznadziejnym tależu i niepokojone przez nikogo mogą spokojnie spoczywać tak całkiem na lewo od lewej ręki. Do tego kubki, szklanki, do których boję się już zaglądać - mają tu swoje miejsca od tygodnia. Może dwóch? Ubrania rozpierdolone po całym łóżku, butelki, notatki na podłodze. Ale w sumie to jest całkiem spoko. Dobra, może na pierwszy rzut oka nie jest zbyt przyjemnie: aby coś napisać trzeba rozkopać wszystko z nadzieją, że znajdzie się jakaś czysta, pusta kartka; aby się czegoś napić muszę zwykle urządzić bieg do kuchni i sprawnie użyć wody z płynem. No muszę.

Jest tu trochę brudno, brudno w pozytywnym sensie, melodyjnie, ale są to dosyć specyficzne melodie - nie takie, które natychmiast wpadają w ucho, by równie szybko wyskoczyć z niego z krzykiem: aaa, spierdalam już! Melodie, które człowiek łapie czasami po drugim, trzecim przesłuchaniu, melodie otoczone masą zgrzytów, pisków i innych różnych dźwięków jakie mogą wydać drgające struny. No, ale dobra - trochę się rozpędziłem - zacznijmy od okładki...

W sumie jest brzydka: kobieta z zaciśniętymi zębami i z oczami pełnymi złości patrzy na nas, jakby chciała nas z miejsca zajebać. Wszystko w odcieniach fioletu, podobnie zresztą fioletowy jest sam tytuł płyty. EVOL. Czyli miłość pisana na wspak, prawie, że ćśołim - mam nadzieję, że nie czytaliście tego ostatniego słowa: ciężko się to wymawia. Ale czy ten kolor, ta kobieta, tytuł nie pasują do siebie!? Nie mamy tutaj czegoś w rodzaju cieszącej oczy okładki z napisem love, ale właśnie to, co widzicie wyżej z evolem. Fajna sprawa - mi się to zajebiście podoba.

Sonic Youth to jedna z tych grup, na które powołują się te wszystkie nowe młode zespoły rockowe. Dla dzisiejszej muzyki to mniej więcej coś takiego, jak The Velvet Underground dla kapel grających w latach 80tych. A idąc trochę dalej w przeszłość - Kurt Cobain musiał być fanem Sonic Youth. Dobrze zna ich pewnie też Beck - wpływ tego zespołu na muzykę rockową jest cholernie duży. No, ale płyta - w końcu zapomnę, że to o niej chciałem pisać.

Krążek jest pełen psychodelii. Widać(słychać), że zespół wtedy, a był to rok 1986, wybrał taką właśnie drogę - wprowadził do swojej muzyki elementy sprawiające, że tą muzykę słucha się nie tylko lewym i prawym uchem, te dźwięki się po prostu przeżywa.

Na Evol występują jednak też normalne, piosenkowe utwory. Wymienię chociażby Bubble Gum i Star Power. Świetnie się tego słucha, ale to nie one są największym plusem krążka. A co jest? Te wszystkie neurotyczne momenty, kŧórych znajduję mnóstwo w tych 39 minutach muzyki. Shadow Of A Doubt, w którym Kim Gordon na przemian szepcze i krzyczy. Jej głos, pełen erotyzmu i słowa: kiss me in the shadow of a doubt. Secret Girls, gdzie pełen niepokoju początek przechodzi w niezwykłą, nasyconą smutkiem melodię graną na fortepianie - te dźwięki zapamiętacie najbardziej z całeego EVOL. Expressway to Yr. Skull - siedmiominutowa kompozycja urzekająca głosem Moore'a. Ale to nie wszystko. Posłuchajcie co wyprawiają gitary w tym utworze - zanim przyjdzie moment wyciszenia zostajemy zaatakowani mocną dawką dźwięków. Albo tak: wali się na nas potężna ściana dźwięków. O tak!

Ale trzeba się w to wszystko wsłuchać. Nie raz, nie dwa - ta muzyka potrzebuje więcej czasu. Evol może wydawać się trochę chaotyczna, nieuporządkowana, ale kiedy poznacie się z nią lepiej, takie odczucia znikną. Tak więc, wszystkie te butelki, ubrania, worki, skasowane bilety, paragony, torby, klucze leżą tam, gdzie mają leżeć - tam jest ich miejsce - wtedy dwa razy silniej smakuje znalezienie czegoś wywołującego pozytywne emocje. U mnie jest to doniczka z miętą! Tak, to chore, ale znajoma prosiła mnie o opiekę nad roślinką. Gdyby nie ten cały nieporządek, nie rzucałaby się w oczy i zupełnie zapomniałbym o niej. I byłoby po niej. Właśnie! Muszę ją podlać.

1. Tom Violence (lyrics/vocals Moore) – 3:05
2. Shadow of a Doubt (lyrics/vocals Gordon) – 3:32
3. Starpower" (lyrics Thurston, vocals Gordon) – 4:48
4. In the Kingdom #19 (lyrics/vocals Ranaldo) – 3:24
5. Green Light" (lyrics/vocals Moore) – 3:46
6. Death to Our Friends – 3:16
7. Secret Girl (lyrics/vocals Gordon) – 2:54
8. Marilyn Moore" (lyrics Lydia Lunch and Moore, vocals Moore) – 4:04
9. Expressway to Yr. Skull (aka The Crucifixion of Sean Penn/Madonna, Sean and Me) (lyrics/vocals Moore) – 7:19
10. Bubblegum (Kim Fowley) (vocals Gordon, Ranaldo) – 2:49[CD bonus track]

Ocena: +9/10

piątek, 6 lutego 2009

Koncerty: George Dorn Screams


Tak jest! Zresztą chyba nie ma się czemu dziwić. George Dorn Screams lada dzień wydaje drugą płytę - premiera 9 lutego - i w związku z tym będziemy mieli możliwośc posłuchania nowych utworów na żywo. Promocję O’Malley’s Bar rozpocznie koncert w Poznaniu(10 II), a potem zespół odwiedzi Kraków! Chwila, no może nie tak od razu. Wcześniej jest oczywiście Wrocław, ale najważniejsze jest to, że band pojawi się w klubie Re(a proszę bardzo: lastfm.pl/event/892460), więc mamy się z czego cieszyć. Zresztą zapraszam na wszystkie koncerty, które widzicie pod plakatem.

Pod linkiem można wysłuchać dwóch utworów z nowego LP, a w niedługim czasie, na tym oto blogu, pojawi się recenzja O’Malley’s Bar.


10.02. W Starym Kinie, Poznań
11.02. Bezsenność, Wrocław
12.02. Re, Kraków
13.02. Luka, Łódź
15.02. Jadłodajnia Filozoficzna, Warszawa
27.02. Tromba, Tczew w/Kyst
28.02. Ucho, Gdynia w/ Kyst
06.03. Mózg, Bydgoszcz w/ Woody Alien
15.03. Piwnica Pod Aniołem, Toruń

niedziela, 1 lutego 2009

Koncerty: Organizm w trasie

Tczew, Lublin, Kielce i Kraków - Organizm ruszył właśnie w trasę koncertową. Cieszy szczególnie(przynajmniej mnie) ten ostatni wymieniony przystanek(warto zerknąć tutaj: lastfm.pl/event/913837). Zapraszam wszystkich na ich granie, tym bardziej, że przygotowali całkiem zajebisty plakat z okazji nowej trasy. Popatrzcie zresztą...



Recenzja płyty Głową w dół jest dostępna tutaj.